Słowem wstępu...

Na "I found it in a bargain bin" znajdziecie teksty, do których z łatwością można przypiąć etykietkę "recenzja". Nie wykluczam jednak, iż któregoś dnia najdzie mnie ochota na stworzenie jakiejś innej formy literacko-dziennikarskiej. W planach mam podróże po rubieżach szeroko pojętej kultury popularnej, na pewno będzie więc o kinie, grach na PC, serialach, książkach i grach na PC. Kluczem i motywem przewodnim dla tej podróży jest tytuł bloga - będę pisał o rzeczach, które nabyłem za mniej, niż wskazuje "cena sugerowana", dzięki czemu krzyk portfela nie ogłusza mnie zbyt mocno i nie rozprasza przy wyrokowaniu. Zastrzegam sobie jednocześnie prawo do całkowitego zignorowania owego klucza i z prawa owego mam zamiar w pełni korzystać. Dodam, iż jeżeli chcielibyście poczytać o nowościach, to wiedzcie, że raczej zabłądziliście.

Tymi słowy, zapraszam do lektury tych, którzy lubią błądzić.

piątek, 15 listopada 2013

Grawitacja 3D, czyli jak za kilkanaście złotych polecieć w kosmos.


Chciałbym zacząć ten tekst od przeprosin. A kogo chcę przepraszać? Sandrę Bullock. Za co? Za moje mocno zdystansowane podejście do niej jako aktorki, za brak wiary w jej umiejętności, za pogardliwe podśmiechujki skierowane w stronę osób odpowiedzialnych za casting do Grawitacji. Czasy, gdy Sandra kocha, a on śpi, najwyraźniej minęły, a za jej uroczą aparycją skrywają się nieoczekiwane pokłady głębi. Może więc zostać naukowcem, polecieć w kosmos, a tam stanąć oko w oko z kostuchą i w każdym z tych momentów może być wiarygodna. Tyle słowem wstępu.

Historia przedstawiona w nowym filmie Alfonso Cuarona jest banalna. Inżynier medyczny Ryan Stone (nie dajcie się zwieść męskiemu imieniu, w tej roli bowiem Bullock) wylatuje w kosmos z ekipą kosmonautów, ma wykonać proste zadanie i wracać na ziemię, ale nic nie idzie zgodnie z planem. W całość wydarzeń wprowadza widza kilkunastominutowa scena pokazująca spokojną pracę w przestrzeni kosmicznej. George Clooney vel Matt Kowalski dowcipkuje i fruwa, hinduski kosmonauta cieszy się z bycia w kosmosie, a Sandra Bullock przykręca śrubki. I tak przez 15 minut. Nie dzieje się w tym czasie absolutnie nic istotnego, ale dzięki pierwszorzędnej realizacji, ogląda się to doskonale. Operator Emmanuel Lubezki wespół z Cuaronem stworzyli niezwykle sugestywny (wszech)świat. Kamera porusza się szalenie płynnie, delektuje się kosmosem, ma się wręcz wrażenie oglądania filmu dokumentalnego, gdzie zwierzątkami są astronauci w kombinezonach. Tylko głosu Czubówny brakuje. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, to naprawdę poczułem, że mam kosmos na wyciągnięcie ręki. Bezkresny, mroczny, przerażający i piękny. Po tym niemalże sielankowym wstępie rozpętuje się prawdziwe piekło, a do krwiobiegu widza wpompowane zostają znaczące ilości paliwa rakietowego. Stacja przy której pracuje ekipa rozpada się w drobny mak, fragmenty metalu latają i wirują po całym ekranie, bohaterowie wraz z nimi, a my z bohaterami. W skrócie: szlag wszystko trafia, misja kończy się katastrofą, a dr Stone musi walczyć o przetrwanie, na początku zaś pomaga jej w tym wytrawny astronauta Kowalski.

To co dzieję się na ekranie miażdży zmysły, a 3D faktycznie przenosi widza do centrum wydarzeń. Szaleństwa kamery, niecodzienne ujęcia (zwłaszcza te z perspektywy pierwszej osoby robią wrażenie), a do tego absolutnie mistrzowskie efekty specjalne tworzą iluzję jakiej do tej pory w kinie nie uświadczyłem. Ot, sprawę zobrazuję mocnym sucharem: próżnia pokazanego kosmosu dosłownie mnie wessała, a przed seansem do okularów obsługa kina powinna dawać woreczki... I o ile realizacyjnie Grawitacja to absolutne mistrzostwo, to niestety sam scenariusz jest mocno średni. Postać grana przez Clooney'a jest dziwaczna, nadmiernie "wyczilowana" i zwyczajnie zaburzała mi odbiór całości jako poważnego s-f. Ponadto w drugiej części filmu nieco rażą momenty, z założenia, emocjonalne. Nie jestem psychologiem, nie byłem też nigdy uwięziony w kosmosie i nie wiem jakbym zareagował w sytuacji, w jakiej znalazła się dr Stone, ale nie jestem pewien, czy akurat tak, jak wymyślili to sobie scenarzyści (podejrzewam jednak, że oni też nigdy nie utknęli w kosmosie). Ale tak naprawdę i dość przewrotnie, są to rzeczy nieistotne, a w każdym razie tracą one jakąkolwiek wagę w obliczu tego, co na ekranie widać i jak to zostało przedstawione. Dzięki wybornej narracji Cuarona i obłędnej pracy operatorskiej Lubezki'ego każda minuta Grawitacji trzyma widza w napięciu i zapewnia nieziemski wprost przypływ adrenaliny.

Film stara się przy całej swojej efektowności być za pan brat z prawami fizyki, dlatego w przestrzeni kosmicznej nie ma ognia i nie ma też żadnych efektów dźwiękowych. Brak dźwięku rekompensuje muzyka autorstwa Stevena Price'a. Znakomita część klimatu filmu jest kreowana przez ścieżkę dźwiękową właśnie. Elektroniczno-industrialne utwory podszyte nutą symfoniki raz tworzą oniryczny nastrój samotności, a gdy trzeba to uderzają w uszy potęgą dźwięku, zaś ilustracja finałowych scen to czysta magia kina, choć nie powiem, miałem wrażenie, iż lekko przesadzono z patosem - także w warstwie wizualnej. Całość oprawy muzycznej to jednak robota pierwszorzędna, godna każdego wyróżnienia, które otrzyma.

Grawitacja jest technicznym arcydziełem, prawdziwym majstersztykiem i co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Film wgniata w fotel, Cuaron pokazuje, że jest mistrzem w prowadzeniu opowieści i dawkowaniu napięcia, Bullock błyszczy, a po seansie w głowie kołatała mi się myśl, że "to było zajebiste". I szkoda tylko, że to jedyna refleksja jaka mi zaświtała.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz